Wyjazdy

Wybrzeże rowerem

15 cze , 2014   Video

Wycieczka, jak zwykłem nazywać Naszą przygodę dobiegła końca. Zgodnie z przewidywaniami nie zabrakło oczekiwanych przez nas emocji, spowodowanych wydarzeniami, których nie planowaliśmy, a byliśmy ich bezpośrednimi uczestnikami. Nie chcę rozpatrywać kwestii, które były delikatnie mówiąc wymagającymi poprawy ze strony jednostek, odpowiadających za ich działanie, takich jak np. PKP, dzięki któremu mogliśmy dotrzeć w „komfortowych” warunkach do miejsca w którym wszystko się zaczęło : ). Podczas relacji postaram się skupić tylko na tych pozytywnych aspektach, które chcę, aby zostały w pamięci na zawsze. Fakt, że była ich zdecydowana większość powoduje brak rozterek przy ich odpowiednim doborze, spośród wszystkich, które miały miejsce. Uważam, że rozpisywanie się na temat dróg, którymi przemierzyliśmy trasę mija się z celem, ponieważ tego typu relacji można znaleźć w sieci szereg. Skupię się zatem na najważniejszych elementach wypadu, widzianego Naszymi oczami i subiektywnymi odczuciami, towarzyszącymi nam w trakcie jego trwania. Zgodnie z przewidywaniami około godz. 09:00 w dniu 02.06.2014r. zameldowaliśmy się na dworcu kolejowym w Świnoujściu, skąd rozpoczęliśmy tułaczkę na wschodnią część wybrzeża rowerową ścieżką R10, wiodącą przez gęstwiny nadmorskich lasów . Przemierzając pierwsze kilometry nie w sposób było pominąć zjawisko wszechobecnego bytowania na terenach, leżących przy Naszej zachodniej granicy – dużej liczby turystów z Niemiec, co w zasadzie nie powinno nikogo dziwić. Duże wrażenie, by nie napisać jedno z większych, względem innych kurortów zrobiły na nas Międzyzdroje. Duże plaże, pomysłowo zorganizowany rynek i molo – kreują pozytywny wizerunek tej miejscowości. Zaznaczam, że nasze spostrzeżenia wynikają w głównej mierze także z tego, że wycieczka, którą odbyliśmy, miała miejsce w okresie, w którym kurorty nie były jeszcze tak licznie oblegane przez turystów, przez co zwiedzanie poszczególnych miejsc było dużo przyjemniejsze, zarazem mniej uciążliwe. Tendencję zwyżkową w odniesieniu do liczby turystów, których mieliśmy okazję spotykać – dało się zaobserwować wraz z jednoczesnym przesuwaniem się w stronę wschodnią, do miejscowości, wydaje się najbardziej obleganych przez polaków, takich jak: Łeba, Władysławowo. Pierwszy nocleg postanowiliśmy przeżyć w jednej z największych miejscowości wypoczynkowych – Kołobrzegu, w którym nocleg na polu namiotowym znaleźliśmy późnym wieczorem. Tu warto nadmienić, że sposób wynajdywania miejsc noclegowych w kolejnych dniach nie uległ zmianom, licząc na spontaniczność, bez zbędnego planowania. Ich szukanie rozpoczynaliśmy w miejscu w którym zastawał nas zmrok, lub bezpośrednio przed nim. Bywały jednak sytuacje, kiedy udało się „coś” znaleźć grubo po godz. 22:00 : ).

W trakcie wyprawy nie obyło się bez awarii, które za wszelką cenę chciały zniweczyć nasz wysiłek, uniemożliwiając nam kontynuację podróży. Tak było w okolicach Kołobrzegu, gdzie już drugiego dnia bagażnik Krzysia nie wytrzymał ciężaru, wożonego przez nas bagażu i używając delikatnej terminologii- uległ defektowi. Pobliski camping, który umiejscowiony był 100 m od feralnego miejsca zdarzenia, okazał się Naszym zbawieniem. Prośba o pomoc okazała się zbyteczna, ponieważ serdeczność z jaką spotkaliśmy się w ośrodku, którego nazwy, niestety nie jestem w stanie wymienić – była nieoceniona: ). Pracownicy campingu mając odpowiednie narzędzia udzielili nam szybkiej, a co najważniejsze fachowej pomocy, która umożliwiła nam kontynuację wyprawy. Pierwsze dni wyprawy były egzaminem dojrzałości, jeśli chodzi o przezwyciężenie barier wytrzymałości fizycznej w różnych warunkach atmosferycznych. Wbrew wstępnym przewidywaniom niektóre fragmenty trasy sprawiały trudność, mimo (wydawałoby się) odpowiedniego przygotowania motorycznego. Z każdym kolejnym dniem odnosiłem jednak wrażenie, że mój organizm coraz bardziej uodparnia się do otaczających go warunków, z którymi przyszło mu się zmierzyć, pokonując kolejne kilometry trasy. Zamieszczony film nie odzwierciedli trudów, które musieliśmy włożyć w to, aby te widoki, które rejestrowała kamera mogły ujrzeć światło dzienne. W pamięci na długo pozostanie dzień 3-ci Naszej wyprawy, w ciągu którego przemierzyliśmy 130 km, ustanawiając rekord przebytej trasy jednego dnia. Napominając kwestię przebytej drogi nie miałem jednak na myśli przejechanej ilości kilometrów tego dnia samej w sobie, natomiast wydarzenia, które miały miejsce w trakcie jej pokonywania. Chcąc mieć, jak największy kontakt z przyrodą staraliśmy się w miarę możliwości na bieżąco tak wybierać drogę, aby być w bliskim kontakcie z przyrodą. Ten jeden, jedyny raz w trakcie tego tygodnia przekląłem myśl i czas, w którym podjęliśmy decyzję, aby w okolicach Ustki, drogę prowadzącą nas do Łeby, przemierzyć leśnymi ścieżkami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybyśmy na wyznaczonej drodze nie natrafili na przeprowadzoną zapewne niedługo, przed naszą chęcią przemierzenia jej – wycinkę drzew, których pozostałości zostały na wspomnianej drodze (fragment ilustrujący tę sytuację na filmie).

Na tym jednak Matka Natura nie poprzestała i gdy w samym sercu lasu pokonywaliśmy (usiłowaliśmy) kolejne „metry” obdarzyła nas „gromko” sypiącym na nas deszczem, który spowodował spore opóźnienia w dotarciu do miejsca, w którym chcieliśmy tego dnia przenocować. Gdy nieustępliwy deszcz dawał się we znaki, a my małymi „kroczkami” wydostawaliśmy się z lasu – uświadomiliśmy sobie, że w godzinie, której przyszło nam to zrobić, nie posiadając żadnych zapasów żywnościowych – postawiliśmy się w trudnej sytuacji. Przez następne 50 km z nostalgią wypatrywaliśmy miejsca w którym nasze organizmy mogłyby dostać niezbędne kalorie, których niewątpliwie domagały się, aby móc kontynuować podróż. Ku Naszemu zdziwieniu każda chwila w której mieliśmy okazję zetknąć się z zamkniętymi na kłódkę drzwiami, kolejnych sklepów, co zważywszy na późną porę dla mieszkańców nie stanowiło to zapewne zaskoczenia – dla nas stanowiło element, przybliżający nas do stanu, w którym mogliśmy doświadczyć zjawiska mirażu, w którym główną rolę odgrywałby otwarty sklep : ). Odarci ze złudzeń nie mogliśmy wyjść z podziwu, gdy Naszym oczom wyszedł naprzeciw widok „bogato” wypełnionej asortymentem, całodobowej stacji benzynowej. Nie muszę mówić o wrażeniu, jakie wywieraliśmy na wszystkich, którzy tej nocy mieli okazję zobaczyć nas, pałaszujących żywność na miejscu, będącym naszym wybawieniem : ). To widzieliśmy jednak tylko my.

Nie był to koniec Naszych „problemów”. Po opróżnieniu wszystkiego, co mogło przywrócić nas do świata żywych – uświadomiliśmy sobie, że w dalszym ciągu jesteśmy bez noclegu. W grę wchodziły nocowanie pod namiotem w miejscu, którym do tego przeznaczony nie jest i ulitowanie się któregoś z właścicieli tego typu miejsca, który do tego przeznaczony – jest. W tym miejscu kolejne ukłony w kierunku ludzi, którzy bez wykazania się jakąkolwiek pretensjonalnością ze swej strony, byli skłoni zaczekać na nas do godziny 24:00 o której udało nam się dotrzeć do Łeby, która była Naszym miejscem spoczynku tego dnia. Miejsca noclegów wybieraliśmy w zależności od pogody, która nas zastała. Wybór padał między polami namiotowymi, a kwaterami, które wbrew pozorom przed sezonem wczasowym nie było łatwo znaleźć, zważywszy na przygotowania właścicieli do przyjęcia większej ilości gości we właściwym okresie czasu. Czas podróży wyniósł 6 dni, co biorąc pod uwagę liczbę miejsc, które udało się nam zwiedzić nie jest specjalnie dużym okresem czasu. Myślę jednak, że gdybyśmy dysponowali mniejszą ilością czasu to trasę, którą przemierzyliśmy – udałoby się wykonać w 4 dni. Przebytą trasę na bazie danych, uzyskanych z miarodajnego źródła, jakim niewątpliwie jest zamontowany licznik, można określić na łączny dystans, wynoszący– 505 km .Wydarzeń w których mieliśmy okazję do sprawdzenia swojej wytrzymałości, a których nie mogliśmy zmierzyć żadnym „licznikiem” – było więcej, ale nie chcę wyolbrzymiać, jak to określiłem „wycieczki”, bo w przyszłości mam nadzieję na przebycie, nieco „większych”, które będę mógł określić mianem „podróży”: ). Należy potraktować ten czas, jako przetarcie i zachętę do podejmowania kolejnych wyzwań, bo przecież w życiu nie chodzi o to, aby wyznaczyć sobie cel, spoczywając na laurach po jego spełnieniu. Cele powinny narastać, wraz z ich możliwością realizacji – wyznaczając je sobie i pamiętając o możliwościach, którymi dysponujemy: ).

Zachęcam do zapoznania się z materiałem filmowym, umiejscowionym u góry tego wpisu : )

, , ,


2 Responses to “Wybrzeże rowerem”

  1. Sam już od roku planuje podobny wypad; Dolny Śląsk-Bałtyk, ale jak w większości przypadków to tylko plany. Mam nadzieję, że kiedyś uda się zrealizować i będę mógł umieścić taki materiał u siebie :) Gratuluję wyprawy :)

Dodaj komentarz

Facebook Like Box

Kalendarz

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« lut    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  
blog toplista